Czy da się wyglądać kobieco bez rezygnowania z wygody? To pytanie, które od pokoleń zadaje sobie miliony kobiet każdego poranka, stojąc przed otwartą szafą. Przez lata wmówiono nam, że elegancja wymaga poświęceń – że aby zachwycać sylwetką, musimy znosić uciskające gorsety, sztywne pasy w talii czy niebotycznie wysokie obcasy, które po godzinie marszu zamieniają się w narzędzie tortur. Jednak prawda, którą odkrywa przed nami historia mody, jest zupełnie inna. Prawdziwa zmysłowość i wdzięk nigdy nie rodzą się z fizycznego dyskomfortu; one wynikają ze swobody ruchu, pewności siebie i harmonii między ciałem a ubraniem.
Kiedy przyglądamy się bliżej ubiegłemu stuleciu, zauważamy, że najbardziej przełomowe dekady modowe – choć operowały zupełnie różnymi kanonami estetycznymi – za każdym razem próbowały na swój własny sposób odpowiedzieć na ten odwieczny dylemat. Projektanci i same kobiety szukali kompromisu między formą a funkcją. Okazuje się, że dawne rozwiązania krawieckie ukryte w archiwach XX wieku niosą ze sobą gotowe patenty na to, jak ubierać się kobieco i wygodnie w realiach współczesnego, dynamicznego świata. Kluczem jest zrozumienie mechaniki tych fasonów i wdrożenie ich do dzisiejszych szaf z pominięciem tego, co krępujące, a z zachowaniem tego, co piękne.